Posty

Anioły istnieją naprawdę!!!

Większości osób wydaje się, że to szczęście uratowało ich przed jakąś tragedią, czy błędem, a ja wam mówię, że to opatrzność, zasługa Boga. Mimo, że na pozór wygląda to na zupełny przypadek, zbieg okoliczności czy zrządzenie losu. Ja jednak uważam i wierzę, że jest inaczej. I nie jest to opinia wygłaszana przez ortodoksyjnego katolika, chodzącego do kościoła siedem razy w tygodniu, prawicowca, który jest przyrośnięty do kościoła tylko dla zaspakajania potrzeb swojego elektoratu, bo nie przypuszczam, że tak na prawdę tego potrzebuje, chce, czy dzięki temu staje się lepszym człowiekiem. Uważam, że to moje twierdzenie jest w stu procentach prawdziwe mimo iż część osób zarzuciło by mi jakąś niekonsekwencję tylko dlatego, że ja właśnie nie chodzę do kościoła. Przecież to jakiś absurd! Ja jednak wierzę, że Anioły istnieją naprawdę!!! Możecie mówić co chcecie, ale to właśnie one uratowały mnie, i przywróciły do życia po czterech próbach samob**czych, które mimo usilnych moich starań, pozo...

Monofobia - Tylko tyle, czy aż tyle!

Równie silny opór a zarazem uczucie trudnej do opisania ulgi, ogarnęło mnie kiedy za sprawą zupełnego przypadku przeczytałem o Monofobii. Cóż to takiego jest? Monofobia - (często nazywana również Autofobią czy Eremofobią) to z definicji irracjonalny, wręcz chorobliwy lęk przed  samotnością, przed uczuciem bycia pozostawionym, opuszczonym. W przypadku Monofobii głównym problemem staje się samotność, pozostawianie samym ze sobą. U jednych osób pokutuje przekonanie, że jest się kimś bezwartościowym, u innych pogarda dla samego siebie, a jeszcze u innych nie zniosę tej ciszy. Lęk ten powoduje silne cierpienie osoby, nawet kiedy przebywa w towarzystwie innych, jeżeli czuje się niezrozumiana, odtrącona czy odrzucona. Monofobii często towarzyszy silny przymus słuchania muzyki, która pełni rolę "zasłony dymnej" dla ciszy, która jednoznacznie kojarzy się osobie dotkniętej Monofobią z samotnością.  Tworzy również w pewnym stopniu złudzenie obecności innych osób. Muzyka odciąga nasz...

Nullofobia - Wyrok czy Wybawienie

Nie, to nie o tobie! To przecież nie dotyczy ciebie, na pewno nie! To były pierwsze myśli, które przyszły mi do głowy, kiedy to zetknąłem się z terminem Nullofobii. Wtedy to przeczytałem, że jest to nieuzasadniony lęk przed odtrąceniem lub odrzuceniem przez inne osoby. A przecież mój lęk nie jest nieuzasadniony,  przecież opiera się na jak najbardziej realnych i uzasadnionych przesłankach. A do tego dotyczy on w głównej mierze osób mi najbliższych! Jednak kiedy dałem sobie czas i przestrzeń na spokoje przeczytanie opracowań na ten temat, i zagłębiłem się bardziej w temat, przeczytałem o przyczynach powstawania tej fobii, jaki, nie bójmy się powiedzieć zgubny  i zarazem  wielki ma wpływ ma na nasze życie, oraz jak często nie jesteśmy tego świadomi, mój wewnętrzny cenzor skarcił mnie za tak bezczelne zaprzeczanie faktom. Pomyślałem sobie wtedy nie kłam! Nie okłamuj siebie! Nie okłamuj się już więcej! I cóż po głębszej analizie znalazłem punkty wspólne, które będą swoistą ta...

Lęk i strach - Trzy dekady!

LĘK i STRACH są jednymi z głównych emocji jakie odczuwam w moim życiu, i zarazem najbardziej paraliżującymi i utrudniającymi mi życie! Paraliżują mnie na równo, choć ze strachem, który jak wiadomo ma nas ostrzegać przed zagrożeniami i pojawia się w odpowiedzi na realne zagrożenia (przynajmniej tak twierdzą "znawcy" tematu), choć ja się z nimi nie zgadzam. Bo gdyby tak było, to jak wytłumaczyć ogromny strach, który pojawia się nagle, i ściska mnie w dołku na samą myśl, że za chwilę zapali mi się telewizor, wybuchnie gaz, pożar czy pęknie rura z wodą i zaleje mieszkanie i sąsiadów. A co ze strachem przed odrzuceniem? Albo kiedy zaczynam się panicznie bać drożejących cen paliwa? A co ze strachem przed Wojną, która może lada dzień wybuchnąć? Kiedy na przykład boimy się samotności, to możemy sobie zadać pytanie, przed jakim realnym zagrożeniem nasz organizm nas wtedy ostrzega? Jak wytłumaczyć strach przed ludźmi, kiedy tak bardzo się ich boję, (zazwyczaj zupełnie bez powodu), to...

Najlepiej chorować na głowę

Chciałbym żyć normalnie, tak jak żyją ludzie nie obciążeni chorobą, szczególnie tak wyniszczającą organizm, niszczącą komfort życia oraz relacje społeczne. Chorobą jaką jest Schizofrenia czy Zaburzenia Schizoafektywne. Usłyszałem ostatnio opinię, która rozłożyła mnie na łopatki, a mianowicie, że "najlepiej chorować na głowę"! I pewnie, z perspektywy ludzi zdrowych, zdiagnozowanie choroby psychicznej przynosi wiele korzyści. Widzą oni, że osoba z taką diagnozą może chorować, być na zwolnieniu lekarskim, chodzić, jeździć, podróżować (choć tego akurat nie jestem pewien), stosunkowo rzadko poddawane są one kontroli ZUS-owskiej. Dla pracodawców którzy zatrudniają osoby z orzeczeniem niepełnosprawności "P" czekają ulgi więc może chętniej zatrudniają takie osoby, jeżeli te w ogóle dają radę i mają siłę pracować. Niestety, leki jakie przyjmują, niejednokrotnie, jeżeli nie zazwyczaj eliminują je z grona wydajnych i kreatywnych pracowników. Diagnoza taka determinuje również z...

Chaos i zło

Święta, to czas kiedy.... no właśnie, zazwyczaj wtedy dochodzi do mnie jak bardzo boję się Boga! I mimo tego, że moja wizja życia po śmierci, w piekle, jest bardzo jednoznaczna, to bardzo tęsknię za darem wiary w Boga i jego miłosierdzie. Tęsknię również za odkryciem choćby jednego swojego charyzmatu, bo ciężko tak żyć nie mając nic do zaoferowania światu! Chciałbym umieć pięknie pisać prozę lub wiersze, opowiadania lub teksty piosenek. Grać na jakimś instrumencie, być wytrawnym sportowcem lub umieć tworzyć muzykę. Jednak choroba zabrała mi możliwość zdobycia takiego wykształcenia o jakim marzyłem. Niektórzy twierdzą, że to nie wrażliwa dusza mnie charakteryzuje, tylko skupianie się na sobie, błędnie określana przeze mnie wrażliwością. Jednak ciężko się żyje mając świadomość, że jest się nikomu nie potrzebnym! Jest mi smutno! Nie wiem czy, i jak bardzo się okłamuję wmawiając sobie, że życie świata wciąż musi trwać, nawet wtedy, gdy nasze osobiste życie stoi w miejscu. Nawet wtedy kiedy...

...nawet na lepsze

Dlaczego jest tak, że smutek i samotność są naszymi największymi i najwierniejszymi kompanami? Czy jest to wpisane już na stałe w kod naszej choroby? W DNA naszego największego wroga? Często zastanawiam się nad korzyściami płynącymi z tego "małżeństwa". Tak korzyściami, i nie ma tutaj żadnego przekłamania. Pytanie to, urodziło się na dobre, kiedy usłyszałem pewną historię z kamieniem. Dużym, wprawdzie umytym, ale wciąż posiadającym swój ciężar. Kiedy dostał się on w ręce osoby cierpiącej, z pytaniem czy oddała by to co najbardziej jej przeszkadza i co powoduje smutek i cierpienie, to okazało się, że nie jest się wcale tak łatwo z tym rozstać! Na swój sposób jest to piękna opowieść i doświadczenie czegoś tak nieuchwytnego, jak przywiązanie się do swoich, choćby nie wiem jak bardzo niewygodnych doznań. To z kolei karze nam postawić taki wniosek, że muszą z takiego stanu rzeczy płynąć jakieś profity! Tylko jakie? I tu przychodzi nam z pomocą, pewna stara prawda, że ludzie ogólni...

Konfrontacja ze śmiercią

Nie cierpię pogrzebów! Przyprawiają mnie o dreszcze. Mówiąc, że nie wiem dlaczego, skłamał bym. Myślę, że w znacznym stopniu przyczynia się do tego moja wizja tego, co dzieje się z nami po śmierci. A ponieważ nie widzę dla siebie innej konsekwencji dla mojego "wiecznego życia" niż piekło, tak więc zrozumiałe staje się to, że tak strasznie boję się śmierci. I niestety każdy pogrzeb, nie ważne czy widziany na żywo, czy w telewizji, powoduje u mnie erupcję smutku jak również ogromnego lęku i strachu. Każda taka konfrontacja ze śmiercią, wyświetla w mojej głowie apokaliptyczną wizję mojego życia i tego co czeka mnie po śmierci. Wszechobecny smród siarki, ognie piekielne a a nawet tortury zadawane przez czarci pomiot nie powoduj u mnie takiego lęku jak to, że będę w tym wszystkim strasznie samotny, będę pozostawiony sam sobie, a wszystko to będzie to trwało już WIECZNIE!!!!!!!!!! I NIGDY się już nie skończy. Rozumiecie, nie rok ani dwa! Nie wiek ani dwa! Nie tysiąc lat ani dwa tys...

Panta rhei

Droga A. piszę do Ciebie bo się boje! Boję się tak bardzo, że mam problem z opisaniem tego co czuję,  nawet prostymi słowami. Tak jak Ci wspominałem już wcześniej, mam wrażenie, że wciąż poruszam się  na rollercoasterze, na moim prywatnym rollercoasterze. Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że porusza się on z zawrotną prędkością. Problem zaczyna się wtedy gdy pędzi on tylko w dół nie dając szans na odpoczynek, na choć by najmniejszą regenerację. Przecież nie ma takiej wysokości żeby móc lecieć cały czas w dół, ani takiej otchłani by móc cały czas spadać. Chyba, że spada się do piekła!!!  Minęło ledwie kilkanaście godzin od pikowania na mojej osobistej kolejce górskiej a mój stan pomału wraca do względnej stabilizacji. Ledwie kilkanaście godzin, kiedy to zbliżyłem się niebezpiecznie blisko do przekroczenia tej cienkiej czerwonej linii, a ja już mam taką pustkę w głowie jak spadał bym z wysokości kilkuset metrów niebezpiecznie szybko nabierając prędkości.  ...

List

A. miałem pisać więc piszę. Jestem w strasznym dołku. Mój rollercoaster mknie w dół z zatrważającą prędkością. Wiesz coraz bardziej dochodzi do mnie, że (nawet boję się tego napisać) mój związek z M. chyli się ku upadkowi. Dzisiaj przy próbie powiedzenia jej co czuję w związku z kolejną krytyką skierowaną w moją stronę, zostałem zbombardowany, (zresztą jak zawsze w takich sytuacjach) ogromnym poczuciem winy. I choć strasznie opornie, to jednak przyszła mi do głowy myśl, że albo się rozejdziemy albo w niedługim już czasie popełnię jakąś głupotę. Piszę głupotę ale mam na myśli coś co pomoże mi przestać cierpieć, i nienawidzić siebie. Nie mam już siły nieść ciężaru jakim jest mój związek. Nie chcę obarczać całą wina tylko M. i pewnie nie jestem tu bez winy, ale nie potrafię nawet obronić swojego zdania, może jestem miękki, jednak poczucie winy jakim jestem obarczony powoduje, że moje życie staje się istnym koszmarem. Wiem, że się mnie wstydzi, oraz się mną brzydzi, i już dawno mnie już ni...