Posty

Kilka słów!

I znowu nastał jeden z tych dni, które sprawiają, że czynię sobie mnóstwo wyrzutów, a głosy w mojej głowie huczą z niezrównaną wręcz mocą, całą kanonadą słów krytyki i oskarżeń. Co to za dzień? Otóż jutro, muszę się wstawić na kontrolną wizytę u mojego psychiatry, i tu znowu pojawia się ten sam problem co za zwyczaj. Co mam mu powiedzieć? Jak opisać mój stan, w którym się znajduję? Jak dać upust moim demonom, które sprawiają, że czuję się tak paskudnie? Kiedy lęk, strach i głębokie poczucie smutku bombardują mnie z siłą wodospadu. Boję się i martwię, czy zdołam wykorzystać ten czas, który będzie mi dany. Naprawdę nie wiem jak się to dzieje, że siedząc teraz przy komputerze, i mimo pustki w mojej głowie potrafię się przemóc i sklecić parę słów, na temat tego jak się czuję. Kiedy jednak przychodzi czas wizyty to dopada mnie albo pustka, albo taka galopada myśli, że nie mogę się na żadnej zatrzymać. Tak naprawdę jednak, to do opisania mojego samopoczucia wystarczyło by użyć kilku słów tak...

Dlaczego się waham?

Chaos i niepokój. Tak to stan mojego umysłu. Jest to o tyle zastanawiające, ponieważ ogarnia mnie dzisiaj przeogromna pustka, która okryła moją głowę całunem nieprzenikalności. Klucze, kto je zabrał? Kto zabrał klucze do mojego spokoju? Jak mam teraz zamknąć mój, tak pilnie strzeżony sekret, strachu, lęku i niepokoju? Jak mam się przestać bać, kiedy przez drzwi mojego wnętrza hula wiatr przynoszący jedynie cierpienie? Potrzebuję pilnie rozwiązania.  Zastanawiam się więc nad znalezieniem przyczyny lub powodu dlaczego wszystkiego się boję. Dlaczego jest we mnie tyle niepokoju, strachu i lęku.  Dlaczego boję się wyjawić nawet przed sobą, swoich, tak pilnie strzeżonych sekretów?  Dlaczego wciąż czuje się jak obcy lub gość w swoim domu? Mimo iż myśli przychodzą mi z wielkim trudem to przyszła mi do głowy być może ciekawa  refleksja. Może  jest tak, że te złe emocje, mój strach, który odczuwam wręcz permanentnie przykrywa moją złość? Jeżeli tak, to jest złości głównie...

Na zawsze i nigdy!!!

Nieubłagalnie, wolno, jak sprinter w swoim zwycięskim biegu, nasuwa się pytanie, do czego jest mi to potrzebne? Do czego jest mi potrzebna Śmierć? Pytanie jest bardzo celne, jednakże odpowiedź na nie, nie jest już taka prosta. Najpierw ciśnie się nam na usta, że śmierć jest pewną formą wybawienia  i ulgą dla cierpienia, którego jesteśmy przedstawicielami na tym świecie. Jednak zastanawiając się głębiej, refleksja, która się wyłania nie jest już taka przyjazna, i utulająca nas ciepło w naszym beciku grzechów! Sprawia, że boimy się śmierci, mimo iż wielu z nas tak ochoczo, i niejednokrotnie, targnęło się już na swoje życie. Tak, chcieliśmy umrzeć, bo chcieliśmy przestać cierpieć, bać się, i być tak bardzo samotni! Nie czuć już smutku i przygnębienia. Te pragnienia tak bardzo przesłaniały nam jasny ogląd sytuacji, i reguły, jakimi rządzi się świat po drugiej stronie. Piekło, to jest to czego tak bardzo się boimy, może nie wszyscy ale przynajmniej większość z nas. W naszych, a przynajm...

A więc STOP!!!

Nastał Nowy Rok, czas rozliczeń i postanowień. Czas stawiania sobie nowych celów! Jest to początek normalny, i na pozór nie różniący się od tych z lat poprzednich. A jednak, przeraża mnie, i to nie na żarty!  Przeraża mnie brak sił do dalszej, codziennej walki z sobą i moją chorobą. I zamiast cieszyć się, i celebrować Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to gonię w piętkę, a moje myśli zaprzątają zupełnie bez powodu dywagacje na temat mojej przypadłości. Prawdą jest to, że staram się na co dzień żyć tak jak by nie trawiły mnie i nie sprawiały tyle kłopotów moje zaburzenia. Nie użalam się nad sobą! Nie śpię całymi dniami! Choć nie powiem, sen byłby dla mnie super ucieczką przed prześladującymi mnie uczuciami lęku, strachu i wszech obezwładniającym smutkiem. Biorę leki, choć odczuwam i doświadczam strasznych skutków ubocznych w postaci spowolnienia, zawrotów i bólu głowy, senności, zmęczenia, problemów z koncentracją, spowolnionym myśleniem, problemów z pamięcią i myślami rezygnacyjn...

Wciąż buduję swoje piekło!!!

Minęły Święta Bożego Narodzenia, jak zawsze upłynęły pod znakiem gonitwy i napięcia, ale również, jak co roku skłoniły mnie do wspomnień i refleksji. Nie potrafię  wspominać ich inaczej niż zanurzając się w smutku i nostalgii. Nie chodzi mi oczywiście o taką nostalgię, która prowadzi nas na tory miłych i chętnie wspomnianych czasów, które mimo to przeminęły bezpowrotnie. Moja nostalgia (może błędnie to nazywam) prowadzi mnie po równi pochyłej, zmierzającej prosto do samego centrum mojego własnego piekła. Piekła, które z zacięciem budowałem przez ostatnie 40 lat, a może i dłużej! Tak więc, jak widać koktajl ten złożony z smutku i nostalgii, sam w sobie nie jest w stanie przynieść mi miłych wspomnień. Mojemu nastrojowi nie pomagają również wspomnienia tych wszystkich świąt spędzonych w samotności w domu, lub z dala od niego, czy w szpitalach psychiatrycznych, czy w ośrodkach odwykowych. Natomiast, jeżeli chodzi o refleksję, to nie różni się ona zbytnio od moich wspomnień. Jak co roku...

Złe rzeczy

Nie wiem, może już o tym pisałem, jednak robiąc dzisiaj "rachunek sumienia" ze zdwojoną siłą, znowu uderzyła mnie ta myśl, że naszego życia nie definiuje jeden czyn, lecz jesteśmy sumą podjętych działań i decyzji. I nie wystarczy jeden czy dwa dobre uczynki, żeby zmazać, czy przykryć przed Bogiem całe zło jakiego się dopuściłem. Nie ważne jest również to, że większość tych rzeczy dopuściłem się pod wpływem różnych substancji psychoaktywnych. Ulga jaką miał by mi przynieść ów rachunek niestety nie nadchodzi, a wręcz przeciwnie. Przyznanie się przed sobą do tych wszystkich "złych" rzeczy jakie popełniłem, sprawia, że poczucie winy jakie w sobie noszę eksploduje z siłą erupcji wulkanu. Gorycz jaka jest we mnie rozlewa się na całe moje życie, niszcząc spokój jakiego tak bardzo potrzebuję. Niestety, doskonale sprawdza się tu pewna prawidłowość, że nie umiejąc się cieszyć z drobnych rzeczy każdego dnia i uporczywie oczekiwanie na coś co ma przyjść, sprawia, że stajemy w o...

Plugawe ochłapy

Czuje się tak, jakby to czarny śnieg pokrył pachnącą stęchlizną swoje zmrożone ciepłem płatki. Pióra, pełno czarnych ciężkich jak puch piór atakuje zdrowy rozsądek. Wisząca tępo na klepisku świadomość zostania samemu, przytłacza w pod rozwiane chmury smutek i chęć wyzbycia się swojego JA! Złowrogie, ciągle milczące i otwarte na wnętrze, nieopisane zagrożenie pozbycia się siebie, odbija się ciężkim piętnem noszonego na skrzydłach szaleńca. Chęć wskrzeszenia w sobie odrobiny wiary w lepsze jutro, sprawia, że jak płomień kaganka kończący swoje życie w ostatniej kropli oliwy, to ja popadam w melancholię. To zdaje się jest jak wojna z samym sobą. Próbuję zdobywać coraz to nowsze rozdziały wglądu w siebie, a dostaję za to nic nie znaczące ochłapy brudnego, plugawego życia. Wydaje mi się, że jedynie mój osobisty Jezus, jako jedyny nie zwątpił jeszcze we mnie, mimo, że dostarczam mu całe mnóstwo powodów! Niestety nie zmienia to jednak faktu, że na tą wojnę wyruszyłem sam, sam jestem zmuszony w...

Jedyna droga ucieczki

Delirycznie, demoniczne odczucie rzeczywistości sprawiło, że poczułem niepochamowany przymus podzielenia się swoimi odczuciami, które tak bardzo mną sterują. Prawdą jest, że milczałem tak długo, ponieważ, coś tak okrutnie nierzeczywistego nie pozwalało mi się dzielić z wami tym, co dotyczyło mojego samopoczucia i moich uczuć. Uczuć które budowały się na moich głosach. Głosach, których w tym czasie było bardzo dużo. Można by powiedzieć, że to one kształtowały moje poczucie rzeczywistości, choć tak bardzo nierealne. Chwilami nie potrafiłem ocenić co jest prawdą a co fikcją. Cała moja rzeczywistość balansował na krawędzi tak bardzo nierzeczywistego świata. Większość bodźców, które do mnie trafiało było filtrowane przez bardzo lubieżne głosy. To one wciąż oceniały i krytykowały moje prawdziwe ja. Sprawiały, że lęki, jakimi podszyta jest moja codzienność rosną do wręcz monstrualnych rozmiarów. Bombardują moje życie setkami drobin niepokoju, i subtelnych resztek codziennego napięcia, budując...

Zbyt dużo

"Czy przyjmiesz  mnie mój Boże kiedy odejść przyjdzie czas"? Tak śpiewał Rysiek Riedel. Ile w tym stwierdzeniu jest emocji i prawdziwego niepokoju o przyszłość. Strachu o to, żeby nie być odrzuconym nawet po śmierci. Lęku i obawy o to, że nawet po śmierci zostaniemy sami. Myślę, że chorzy na Schizofrenię i z domieszką Depresji mają podobne dylematy. Czujemy się odrzuceni i pozostawieni samym sobie, samotni, smutni, pominięci, olewani przez dzisiejszy świat.  Przynajmniej ja tak mam. Bardzo często dopadają mnie podobne myśli. Niestety z moją wizją śmierci i piekła, nie mam dobrych rokowań co do tego czy przyjmie mnie Bóg. Jestem niemal  pewien, że mnie nie przyjmie, nie po tym co nawyprawiałem, mimo, że większość rzeczy "popełniłem" w zaostrzeniach choroby. Myślę, że nie będzie to miało większego znaczenia. Grzech jest grzechem, i nie ważne jest to czy był podszyty jakimiś zaburzeniami chorobowymi. Tak więc przynajmniej mam jasność co do pytania postawionego na począ...

Kryzys

Chciałbym napisać coś o poczuciu winy. O moim poczuciu winy. O poczuciu winy, które staje się dla mnie niemal wyrokiem, i kładzie się wielkim cieniem na moim życiu. Sprawia, że moje życie boli mnie jak wrzód na dupie. Wrzód, którego nie ma jak wycisnąć, ponieważ zawsze znajduje się w tyle, obojętnie jak się nie odwrócimy. U mnie w życiu jest niemal identycznie, i nie ważne jest jak bardzo zdaję sobie z tego sprawę. Strach przed......, no właśnie przed czym, czy przed odrzuceniem? Porzuceniem? Zranieniem? A może po prostu tak bardzo boję się konfrontacji z moimi prześladowcami? Nie wiem wprawdzie czy prześladowca to dobre określenie, ale jak inaczej nazwać kogoś, kto tak bardzo miesza w twojej głowie? Kto sprawia, że tak często nie chce ci się żyć! Nie chce ci się nieść tego balastu przez kolejne bezsenne noce, i "zadżumione" dni, kiedy to niewyspanie i leki, przejmują kontrolę nad tobą i twoim zachowaniem. Nad tobą i twoim życiem! To wszystko sprawia, że jestem w nie dużym, n...