Posty

List

A. miałem pisać więc piszę. Jestem w strasznym dołku. Mój rollercoaster mknie w dół z zatrważającą prędkością. Wiesz coraz bardziej dochodzi do mnie, że (nawet boję się tego napisać) mój związek z M. chyli się ku upadkowi. Dzisiaj przy próbie powiedzenia jej co czuję w związku z kolejną krytyką skierowaną w moją stronę, zostałem zbombardowany, (zresztą jak zawsze w takich sytuacjach) ogromnym poczuciem winy. I choć strasznie opornie, to jednak przyszła mi do głowy myśl, że albo się rozejdziemy albo w niedługim już czasie popełnię jakąś głupotę. Piszę głupotę ale mam na myśli coś co pomoże mi przestać cierpieć, i nienawidzić siebie. Nie mam już siły nieść ciężaru jakim jest mój związek. Nie chcę obarczać całą wina tylko M. i pewnie nie jestem tu bez winy, ale nie potrafię nawet obronić swojego zdania, może jestem miękki, jednak poczucie winy jakim jestem obarczony powoduje, że moje życie staje się istnym koszmarem. Wiem, że się mnie wstydzi, oraz się mną brzydzi, i już dawno mnie już ni...

Głębokie koleiny

Co może czuć człowiek siedzący w fotelu i podziwiający widok, który rozprzestrzenia się przed nim. Widok na góry. Wydawać się może, że są takie majestatyczne, niedostępne i groźne. Jednak przyprószone śniegiem, oraz szadzią, która osadziła się na każdej, nawet na najmniejszej pojedynczej gałązce, sprawiają, że ich piękno może urzec. Jednak codzienność i rutyna w patrzeniu na otaczający nas świat sprawia, że nie potrafimy już dostrzec tego urzekającego nas arcydzieła przyrody. Rutyna zabiła w nas tą wrażliwość. Zamiast podziwiać i kontemplować to piękno, babramy się w przeszłości oraz lękach, które dewastują i brukają nawet te piękne wspomnienia. Sprawiają, że nasz świat staje się tyglem w którym miesza się lęk, strach, niepokój, samotność, smutek, odraza, zwątpienie, rozczarowanie, cierpienie, gniew, żal i złość. A ta złość, która jest kierowana personalnie na nas sprawia, że widok lustrze już dawno przestał nas satysfakcjonować. A często patrząc na to odbicie, chce się nam najzwyczajn...

Co czuje schizofrenik

Znowu, coraz częściej uciekam w przeszłość, do czasów z przed choroby. I niestety, nawet w takich momentach nie potrafię za bardzo przypomnieć sobie tych miłych chwil. Nie znaczy to, że ich nie było w cale, ale tylko tyle, że choroba przysłoniła je całunem nietykalności, cieniem milczenia i wręcz niemożliwym do zrozumienia zakazem wspomnień. Biorąc pod uwagę fakt, że choruję już ponad 30 lat to jest jak jest, nikt i nic tego nie zmieni. Jestem więc zakładnikiem własnej przeszłości. Chciałbym się jednak skupić nad tym, co zabrała mi choroba, i  dlaczego moje wspomnienia przeszłości, choć są smutne, to wydają mi się takie kuszące. Słowo klucz to samotność, której doświadczam teraz, a której nie zaznałem wcześniej. Kolejny, to zamkniecie w sobie, i choć nigdy nie byłem zbyt wylewny, to teraz zmieniłem się w mruka. Smutek, strach, lęk i niepokój, to uczucia, których zawsze było dużo, a których od czasu zachorowania jest tyle, że nie jestem w stanie sam sobie z nimi poradzić. Praktyczni...

Jakie Demony???

Boję się! Znowu ze zdwojoną siłą dopada mnie lęk, to on mnie nie opuszcza. Przez jakiś czas był uśpiony, a ja cieszyłem się względnym spokojem. Był to okres kiedy myślałem, że teraz doświadczam remisji. Niestety teraz wiem jak bardzo się myliłem! Czy naprawdę jestem skazany na wieczne odczuwanie tego permanentnego lęku i strachu, który bardzo powoli ale systematycznie mnie wykańcza. Strachu przed każdą nowo napoczętą godziną? Ten strach nie pozwala mi, a przynajmniej utrudnia realizowanie nawet najprostszych zadań. Jest to codzienna walka o przetrwanie, o przewalczenie natarczywych myśli o pozbawieniu siebie życia! Ta codzienna walka jest w stanie zabić. Jest jednak coś jeszcze, coś bardzo ważnego - bardzo boję się śmierci! Jest to sytuacja patowa, ponieważ w odebraniu sobie życia widzę rozwiązanie, i ucieczkę przed cierpieniem, którego piętno wypala we mnie lęk, strach i niepokój. Z drugiej jednak strony wizja piekła, gdzie w piekielnej samotności, ciemności, w oparach płonących ciał ...

Kilka słów!

I znowu nastał jeden z tych dni, które sprawiają, że czynię sobie mnóstwo wyrzutów, a głosy w mojej głowie huczą z niezrównaną wręcz mocą, całą kanonadą słów krytyki i oskarżeń. Co to za dzień? Otóż jutro, muszę się wstawić na kontrolną wizytę u mojego psychiatry, i tu znowu pojawia się ten sam problem co za zwyczaj. Co mam mu powiedzieć? Jak opisać mój stan, w którym się znajduję? Jak dać upust moim demonom, które sprawiają, że czuję się tak paskudnie? Kiedy lęk, strach i głębokie poczucie smutku bombardują mnie z siłą wodospadu. Boję się i martwię, czy zdołam wykorzystać ten czas, który będzie mi dany. Naprawdę nie wiem jak się to dzieje, że siedząc teraz przy komputerze, i mimo pustki w mojej głowie potrafię się przemóc i sklecić parę słów, na temat tego jak się czuję. Kiedy jednak przychodzi czas wizyty to dopada mnie albo pustka, albo taka galopada myśli, że nie mogę się na żadnej zatrzymać. Tak naprawdę jednak, to do opisania mojego samopoczucia wystarczyło by użyć kilku słów tak...

Dlaczego się waham?

Chaos i niepokój. Tak to stan mojego umysłu. Jest to o tyle zastanawiające, ponieważ ogarnia mnie dzisiaj przeogromna pustka, która okryła moją głowę całunem nieprzenikalności. Klucze, kto je zabrał? Kto zabrał klucze do mojego spokoju? Jak mam teraz zamknąć mój, tak pilnie strzeżony sekret, strachu, lęku i niepokoju? Jak mam się przestać bać, kiedy przez drzwi mojego wnętrza hula wiatr przynoszący jedynie cierpienie? Potrzebuję pilnie rozwiązania.  Zastanawiam się więc nad znalezieniem przyczyny lub powodu dlaczego wszystkiego się boję. Dlaczego jest we mnie tyle niepokoju, strachu i lęku.  Dlaczego boję się wyjawić nawet przed sobą, swoich, tak pilnie strzeżonych sekretów?  Dlaczego wciąż czuje się jak obcy lub gość w swoim domu? Mimo iż myśli przychodzą mi z wielkim trudem to przyszła mi do głowy być może ciekawa  refleksja. Może  jest tak, że te złe emocje, mój strach, który odczuwam wręcz permanentnie przykrywa moją złość? Jeżeli tak, to jest złości głównie...

Na zawsze i nigdy!!!

Nieubłagalnie, wolno, jak sprinter w swoim zwycięskim biegu, nasuwa się pytanie, do czego jest mi to potrzebne? Do czego jest mi potrzebna Śmierć? Pytanie jest bardzo celne, jednakże odpowiedź na nie, nie jest już taka prosta. Najpierw ciśnie się nam na usta, że śmierć jest pewną formą wybawienia  i ulgą dla cierpienia, którego jesteśmy przedstawicielami na tym świecie. Jednak zastanawiając się głębiej, refleksja, która się wyłania nie jest już taka przyjazna, i utulająca nas ciepło w naszym beciku grzechów! Sprawia, że boimy się śmierci, mimo iż wielu z nas tak ochoczo, i niejednokrotnie, targnęło się już na swoje życie. Tak, chcieliśmy umrzeć, bo chcieliśmy przestać cierpieć, bać się, i być tak bardzo samotni! Nie czuć już smutku i przygnębienia. Te pragnienia tak bardzo przesłaniały nam jasny ogląd sytuacji, i reguły, jakimi rządzi się świat po drugiej stronie. Piekło, to jest to czego tak bardzo się boimy, może nie wszyscy ale przynajmniej większość z nas. W naszych, a przynajm...

A więc STOP!!!

Nastał Nowy Rok, czas rozliczeń i postanowień. Czas stawiania sobie nowych celów! Jest to początek normalny, i na pozór nie różniący się od tych z lat poprzednich. A jednak, przeraża mnie, i to nie na żarty!  Przeraża mnie brak sił do dalszej, codziennej walki z sobą i moją chorobą. I zamiast cieszyć się, i celebrować Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to gonię w piętkę, a moje myśli zaprzątają zupełnie bez powodu dywagacje na temat mojej przypadłości. Prawdą jest to, że staram się na co dzień żyć tak jak by nie trawiły mnie i nie sprawiały tyle kłopotów moje zaburzenia. Nie użalam się nad sobą! Nie śpię całymi dniami! Choć nie powiem, sen byłby dla mnie super ucieczką przed prześladującymi mnie uczuciami lęku, strachu i wszech obezwładniającym smutkiem. Biorę leki, choć odczuwam i doświadczam strasznych skutków ubocznych w postaci spowolnienia, zawrotów i bólu głowy, senności, zmęczenia, problemów z koncentracją, spowolnionym myśleniem, problemów z pamięcią i myślami rezygnacyjn...

Wciąż buduję swoje piekło!!!

Minęły Święta Bożego Narodzenia, jak zawsze upłynęły pod znakiem gonitwy i napięcia, ale również, jak co roku skłoniły mnie do wspomnień i refleksji. Nie potrafię  wspominać ich inaczej niż zanurzając się w smutku i nostalgii. Nie chodzi mi oczywiście o taką nostalgię, która prowadzi nas na tory miłych i chętnie wspomnianych czasów, które mimo to przeminęły bezpowrotnie. Moja nostalgia (może błędnie to nazywam) prowadzi mnie po równi pochyłej, zmierzającej prosto do samego centrum mojego własnego piekła. Piekła, które z zacięciem budowałem przez ostatnie 40 lat, a może i dłużej! Tak więc, jak widać koktajl ten złożony z smutku i nostalgii, sam w sobie nie jest w stanie przynieść mi miłych wspomnień. Mojemu nastrojowi nie pomagają również wspomnienia tych wszystkich świąt spędzonych w samotności w domu, lub z dala od niego, czy w szpitalach psychiatrycznych, czy w ośrodkach odwykowych. Natomiast, jeżeli chodzi o refleksję, to nie różni się ona zbytnio od moich wspomnień. Jak co roku...

Złe rzeczy

Nie wiem, może już o tym pisałem, jednak robiąc dzisiaj "rachunek sumienia" ze zdwojoną siłą, znowu uderzyła mnie ta myśl, że naszego życia nie definiuje jeden czyn, lecz jesteśmy sumą podjętych działań i decyzji. I nie wystarczy jeden czy dwa dobre uczynki, żeby zmazać, czy przykryć przed Bogiem całe zło jakiego się dopuściłem. Nie ważne jest również to, że większość tych rzeczy dopuściłem się pod wpływem różnych substancji psychoaktywnych. Ulga jaką miał by mi przynieść ów rachunek niestety nie nadchodzi, a wręcz przeciwnie. Przyznanie się przed sobą do tych wszystkich "złych" rzeczy jakie popełniłem, sprawia, że poczucie winy jakie w sobie noszę eksploduje z siłą erupcji wulkanu. Gorycz jaka jest we mnie rozlewa się na całe moje życie, niszcząc spokój jakiego tak bardzo potrzebuję. Niestety, doskonale sprawdza się tu pewna prawidłowość, że nie umiejąc się cieszyć z drobnych rzeczy każdego dnia i uporczywie oczekiwanie na coś co ma przyjść, sprawia, że stajemy w o...