Złe rzeczy

Nie wiem, może już o tym pisałem, jednak robiąc dzisiaj "rachunek sumienia" ze zdwojoną siłą, znowu uderzyła mnie ta myśl, że naszego życia nie definiuje jeden czyn, lecz jesteśmy sumą podjętych działań i decyzji. I nie wystarczy jeden czy dwa dobre uczynki, żeby zmazać, czy przykryć przed Bogiem całe zło jakiego się dopuściłem. Nie ważne jest również to, że większość tych rzeczy dopuściłem się pod wpływem różnych substancji psychoaktywnych. Ulga jaką miał by mi przynieść ów rachunek niestety nie nadchodzi, a wręcz przeciwnie. Przyznanie się przed sobą do tych wszystkich "złych" rzeczy jakie popełniłem, sprawia, że poczucie winy jakie w sobie noszę eksploduje z siłą erupcji wulkanu. Gorycz jaka jest we mnie rozlewa się na całe moje życie, niszcząc spokój jakiego tak bardzo potrzebuję. Niestety, doskonale sprawdza się tu pewna prawidłowość, że nie umiejąc się cieszyć z drobnych rzeczy każdego dnia i uporczywie oczekiwanie na coś co ma przyjść, sprawia, że stajemy w opozycji do naszego szczęścia i spokoju. A życie płynie, nieubłagalnie, pokazując nam jak bardzo jesteśmy delikatni i podatni na złamanie. Jak problem, z którym cały czas obcuję, i z którym nie mogę sobie poradzić, czyli dobrowolne zaakceptowanie faktu, że ze względu na moją chorobę niestety zawsze już będę sam, nawet wśród ogromnej masy ludzi, buduje wokół mnie jeszcze trudniejszy do pokonania mór lęku przed światem. Bardzo często zastanawiam się nad słowami jakie wyśpiewywał Rysiek " czy przyjmiesz mnie mój Boże kiedy odejść przyjdzie czas"? Nie wiem czy tak natrętna ta myśl jest spowodowana tym, że coraz częściej myślę o ostatecznym rozwiązaniu? Siedzę teraz w pokoju i patrzę na płomień świecy, która w swoim wolnym spalani dokonuje swojego istnienia, lecz się nie żali i nie narzeka. Mała świeca, mały knot i mały płomień, ale parzy niemalże tak jak płomień, który zdążył już opanować całą moją duszę. 


Komentarze