Okruchy lęku
Potrzebuję "spowiedzi" tak bardzo ciąży mi moja przeszłość! Chociaż myślę, że bardziej potrzebuję rozgrzeszenia, którego wiem, że nie dostanę. Bo któż może mi je dać? Okruchy lęku jakie noszę w sobie coraz bardziej i bardziej, szybciej i szybciej, częściej i częściej przeobrażają się w ogromne głazy miażdżące moją klatkę piersiową. Tak bardzo mi ciążą. Moje depresyjne nastroje dopadają mnie głównie późnym wieczorem i nocą. Wtedy to demony igrają ze mną w najgorszą grę jaką są dla mnie wspomnienia. Nie muszą one dotyczyć tylko odległej przeszłości, mogą torturować mnie nawet wspomnienia z dnia dzisiejszego. Jak się zachowałem a jak powinienem zachować. Co zrobiłem a co powinienem był zrobić. Dlaczego tak źle postąpiłem. I tak dalej, i tak dalej. Trochę mi się wszystko pląta. Prawdą jest jednak to, że największe lęki dopadają mnie wcześnie rano i trzymają do późnego wieczora kiedy to moje demony wchodzą do gry. Bywają takie dni, kiedy, żeby poczuć ulgę to byłbym w stanie "wyspowiadać" się przed pierwszą lepszą a nawet przypadkowo napotkaną osobą. Myślę jednak, że to i tak nie przyniosło by mi ulgi, ponieważ tak naprawdę, to bardzo bym chciał, żeby to moi bliscy i znajomi, poznali mnie tak naprawdę, takim jakim jestem. Żebym nie musiał już udawać, silić się na wizerunek człowieka, którym na pewno nie jestem. Męczy mnie już udawanie osoby zdrowej, i obwinianie się, że nie mam nastroju do rozmowy, nie mówiąc już o dobrej zabawie. Ukrywanie, że boję się ludzi. Robienie tajemnicy z tego, że jestem chory, że dręczą mnie lęki i strach przed życiem. Zadręczaniem się tym, że komplikuję życie moim bliskim. Niestety jestem już tym zmęczony ponieważ lwią część mojego życia jestem zmuszony poświęcać na dbanie o mój wizerunek. Bycie cały czas na przysłowiowym "oriencie" wykańcza mnie psychicznie. Tak na prawdę nie wiem jakim mnie postrzegają inni, ale ja wiem kim jestem. W związku tym coraz częściej mam myśli samobójcze. Niepokoi mnie to, że nachodzą mnie coraz częściej i ze zwiększoną siłą! Lęk jaki odczuwam całkiem mnie paraliżuje. Sprawia, że im bardziej się staram, tym gorzej mi wychodzi. Boję się, że nie spełnię oczekiwań innych, i w związku z tym popełniam mnóstwo błędów. A może tu chodzi o to, że powodem moich potknięć, a czasami potężnych wypadków jest to, że jestem taki beznadziejny! Bo przecież nie mam ani wyglądu, ani wykształcenia, ani zainteresowań, nic nie umiem, nie jestem osobą inteligentną, nie posiadam podstawowej wiedzy ogólnej. Jestem smutnym mrukiem, nie umiejącym odezwać się w towarzystwie. a dodatku często jestem smutny. Do tego jestem chory na schizofrenię i depresję. Biorę mnóstwo leków po których jestem przymulony, spowolniony. Źle mi się myśli. A jednak mimo wszystko bardzo często okruchy lęku jaki mnie dopadają przeobrażają mnie w beznadziejną kupę gówna!
Bóg przebaczy nam każdy grzech jeżeli żałujemy i postanawiamy poprawę. To szatan próbuje nam wmówić, że nasze grzechy są za ciężkie aby były wybaczone.
OdpowiedzUsuń